„Nieszczęśliwa” Rumunia w top3 Eurowizji
Powracająca Bułgaria wygrała Eurowizję, ale wszystkie trzy kraje, które zdecydowały się znów pojawić na Eurowizji w tym roku, osiągnęły spore sukcesy, zajmując miejsca w top4 televotingu finału i top8 całości. Każda nacja skończyła konkurs w zupełnie innych humorach. Bułgarzy świętują, a Rumuni…płaczą. Reprezentująca kraj Alexandra Capitanescu awansowała do finału z 2. miejsca i ze stratą 44 punktów do reprezentantki sąsiedniego kraju. Na ten wynik złożyło się 87 punktów od jury (w tym 12 punktów z Luksemburga) oraz 147 od widzów (dwunastki z Czech i Ukrainy). W głosowaniu finałowym „Choke me” zdobyło raptem 64 punkty od komisji (w tym znów 12 punktów z Luksemburga) oraz aż 232 punkty od telewidzów (chociaż tylko z jedną dwunastką – z bratniej Mołdawii). Alexandra tylko przez chwilę była liderką tabeli, szybko została zepchnięta przez Noama Bettana z Izraela. Wiedziała już, że nie wygra, ale ostatecznie z wynikiem 296 punktów zajęła 3. miejsce, co jest powtórzeniem rekordu Rumunii w historii ESC. Dlaczego ten sukces nie cieszy?
Krytyka finansowania preselekcji narodowych
Fani Eurowizji w Rumunii mieli ogromne oczekiwania, a hype zbudowali na długo przed preselekcjami, zwłaszcza, że transparentny format konkursu w TVR od samego początku pozwolił im na śledzenie losów swojej ulubienicy, zwyciężczyni „The Voice”. Wcześniej celebrowali powrót Rumunii do konkursu po dwóch latach przerwy, ale spekulacje o finansowaniu uczestnictwa szybko zaczęły dominować. Mówiono, że Rumunia otrzymała bardzo korzystne warunki, a powrót tak dużego kraju miał związek z próbą załatania dziury po pięciu bojkotujących nadawcach.
Zaskoczeniem była transmisja selekcji, która ujawniła, że finał był sponsorowany przez firmę Moroccanoil, głównego sponsora całej Eurowizji. Marka kojarzy się z Izraelem, chociaż dyrektor Eurowizji podkreśla, że poza paroma osobami o żydowskich korzeniach w zarządzie, nie ma wiele wspólnego z tym krajem, a jej siedziba jest w Nowym Jorku. Nie przekonało to jednak nikogo, a „marokańskie olejski” stały się synonimem wspierania działań propagandowych telewizji KAN i polityki Izraela, a w żartach były uznawane za „lek na każde zło” czy problemy finansowe EBU.
Wiara w wygraną od początku do końca
Rumuńscy fani zignorowali krytykę i ochoczo budowali swoje oczekiwania, tworząc niesamowitą wręcz atmosferę triumfu, na długo przed samą Eurowizją. Na popularnej grupie Eurovision Romania powstawało mnóstwo grafik pokazujących Alexandrę z trofeum eurowizyjnym, śledzono wszelkie plebiscyty, rankingi i zakłady, a w niektórych nawet sztucznie nabijano głosy tak, by „Choke me” było notowane wyżej. Jednocześnie dziwiono się, dlaczego Europa nie uznaje Rumunii za faworyta czy chociażby „czarnego konia” Eurowizji.
W notowaniach bukmacherskich Rumunia podskoczyła, gdy pojawiły się zdjęcia, a potem fragment występu z próby. Zachwycono się futurystycznym występem przygotowanym przez Czecha Jana Borsa. O Rumunii zaczęto faktycznie mówić w kategorii „szokującego growera”, co potwierdził także bardzo pozytywny odbiór „Choke me” po półfinale. Czy była szansa wygrania? Rumuńscy fani twierdzą, że tak, a na horyzoncie majaczyła perspektywa bardzo dobrego wyniku w głosowaniu widzów.
Każdy powód przegrania jest dobry
Ostatecznie nie udało się wygrać, więc trzeba było zrzucić na coś/kogoś winę i tutaj pojawiła się cała gama powodów, dla których Eurowizja jednak nie trafiła do Bukaresztu. Od twierdzeń, że Bułgarii pomogło w wygranej wejście do strefy euro czy rosyjskie wpływy Filipa Kirkorova, poprzez tłumaczenie, że TVR przegrało bo nie zarezerwowało hali na Eurowizję 2027 po zrzucenie winy na Mołdawię, której jurorzy nie dali „Choke Me” 12 punktów. Wrogami stali się Polacy, którzy tę dwunastkę zabrali, a jedynym przyjacielem Luksemburg, który najwyższą notę dawał w głosowaniu jury konsekwentnie. Chociaż zaangażowanie fanów świadczyłoby o tym, że mają jakąś wiedzę o konkursie, ostatecznie okazali się nie lepsi od „niedzielnego widza”, który wyniki jurorskie myli z rankingiem publiczności i wszędzie wymaga, by dawano mu wysokie noty za sąsiedztwo, jednocześnie krytykując konkurs bo są tam polityczne rozdania.
Królowa ludzkich serc złapała wirusa
Sama wokalistka także zdaje się być przeciwniczką głosowania jury. Podczas powitania na lotnisku mówiła do zebranych fanów: „Przede wszystkim bardzo dziękuję za to, że tu jesteście, za to, że byliście tu przez cały ten konkurs i później. Niektórzy z was byli tu od samego początku, odkąd nikt nas nie znał, odkąd walczyliśmy o to, by świat nas zauważył, i za to chcemy wam podziękować. To było niezwykle piękne, ale i bardzo trudne doświadczenie, ale teraz cieszę się, że zajęliśmy trzecie miejsce, trzecie miejsce i drugie miejsce wśród publiczności, co oznacza, że jesteśmy, jak mawiano w poprzednich latach, zdobywcami serc i myślę, że to jest o wiele ważniejsze niż niektóre oceny„.
Stwierdziła też, że nie da się obiektywnie ocenić muzyki, a dla niej liczy się tylko intuicja publiczności. Zdradziła również, że w ostatnie dni pobytu w Wiedniu całą ekipę złapał wirus, który pogorszył stan zdrowia i samopoczucie. Powrót do kraju poprawił jej nastrój, a wokalistka już zapowiedziała serię letnich koncertów.
Kryzys na linii Bukareszt-Kiszyniów
Co ciekawe, w jednym z wywiadów przyznała, że nie pojechała do Wiednia, by wygrać Eurowizję. „Nie chciałam wygrać Eurowizji. Chciałam przeżyć naprawdę dobry moment, zapisać się w historii, a wygrana byłaby dodatkowym atutem, ale tak się nie stało. Stało się tak, że wygraliśmy wiele, zyskaliśmy bardzo silną, bardzo fajną bazę fanów, wasze zaufanie i zaszczyt bycia z wami” – uznała. Niskiej noty od jury mołdawskiego nie chciała komentować.
Temat kryzysu na linii Bukareszt-Kiszyniów jest jednak w regionie bardzo głośny, zwłaszcza po dymisji szefa telewizji TRM. W skład mołdawskiej komisji wszedł m.in. finalista tegorocznych selekcji – Pavel Orlov, który skomentował sposób w jaki głosował. „Nie chcę i nie mogę łamać zasad. Nie jestem politykiem ani geostrategiem i nie oceniam artystów według narodowości, płci ani innych kryteriów, ponieważ jest to surowo zabronione przez regulamin konkursu” – uznał.
Orlov ma rację, ale nikt go nie słucha
Jego wypowiedź i postawa spotkały się z krytyką zarówno w Rumunii i Mołdawii. Głównym powodem do ataków na wokalistę stał się fakt, że Orlov nie mówi po rumuńsku, a na co dzień korzysta z rosyjskiego. „Rozumiem rumuński, ponieważ urodziłem się i wychowałem w Kiszyniowie w rodzinie rosyjskojęzycznej – tak to historycznie wyglądało. Nie wybrałem sobie języka ani rodziny” – odpowiada, dodając, że nienawiść, jaka go spotyka, odbija się też na jego rodzinie, a zwłaszcza na dzieciach.
„I to wszystko dlatego, że głosowałem bezstronnie? Nie reprezentuję opinii całego narodu mołdawskiego – po to właśnie jest głosowanie opinii publicznej. Jury musi być bezstronne, inaczej nie ma sensu. Żyjemy w cywilizowanym kraju, w którym nie powinno być uważane za normalne popieranie swojego punktu widzenia poprzez obrażanie honoru i godności przeciwnika” – mówi. I ma rację, ale w regionie nie znajduje zrozumienia.

Dlaczego to takie problematyczne?
Zjednoczenie Rumunii z Mołdawią to nie jest temat nowy, ale wrócił ze zdwojoną siłą w momencie agresji Rosji na Ukrainę, gdy Mołdawia poczuła się zagrożona. Wielu polityków uważało (i nadal uważa), że zjednoczenie dwóch narodów mówiących tym samym językiem wzmocniłoby NATO i dałoby Mołdawianom gwarancję bezpieczeństwa zarówno w ewentualnym konflikcie o Naddniestrze czy przy ataku Rosji. W styczniu tego roku czołowi politycy (zarówno prezydent jak i premier) Mołdawii zadeklarowali, że w przypadku referendum dotyczącym przyłączenia do Rumunii zagłosują na „TAK”. Zwrócili jednak uwagę, że o ile integracja Mołdawii z Unią Europejską cieszy się w kraju sporym poparciem, tak zjednoczenie z Rumunią i utrata państwowości już nie. Nadal jednak zjednoczenie ma być ratunkiem na wypadek kryzysu czy ataku wroga na Kiszyniów.
Nie o zjednoczeniu z Rumunią, ale o europejskiej Mołdawii śpiewał w swoim utworze „Viva, Moldova!” Satoshi, promując swój kraj i swoją kulturę. Czy do faktycznego zjednoczenia kiedykolwiek dojdzie i Mołdawia utraci prawo do samodzielnego startu w Eurowizji? A może tak błaha sprawa jak brak 12 punktów jurorskich zaprzepaści jakiekolwiek plany dwóch narodów? Mołdawianie z pewnością się tego boją i wykazują niemal taki sam stan jak Ukraińcy w 2022 roku, gdy jury z Kijowa nie przyznało punktów Krystianowi Ochmanowi. Strona ukraińska bała się gniewu Polaków i uznania Ukraińców za niewdzięcznych. W kolejnym roku w ramach „zadośćuczynienia” ukraińskie jury dało Blance i piosence „Solo” aż 6 punktów co stanowiło…połowę całego wyniku Bejby na tym etapie głosowania.
.
Artykuł na podstawie Eurovision.com, Eurovision Romania, Digi24, HotNews.ro, Stirile Pro TV, fot.: Alexandra Capitanescu Instagram
