Alicja Szemplińska i jej wynik jurorski w finale
Europejska Unia Nadawców dopiero dziś opublikowała pełne wyniki głosowań jurorskich w półfinałach i finale Eurowizji 2026. Organizatorom zajęło to rekordowo dużo czasu, przez co wywołano spekulacje o próbie ukrycia manipulacji, do jakich miało dojść w głosowaniach komisji. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda dobrze, ale diabeł tkwi w szczegółach, które trzeba wyłuskać na tej niezwykle niewygodnej stronie. Polaków najbardziej interesują oczywiście wyniki dla „Pray” Alicji Szczemplińskiej i oto kilka statystyk dotyczących finału:
- Na 34 komisje otrzymaliśmy punkty aż od 21 krajów, z czego byliśmy w top3 aż w dziewięciu z nich. Oczywiście największą radość wywołały dwunastki, a te uzyskaliśmy od Niemiec, Belgii, Mołdawii oraz Austrii.
- W trzech komisjach byliśmy na 11. miejscu i niewiele nam zabrakło, by znaleźć się w top10 (Izrael, Francja i Luksemburg)
- W gronie pięciu krajów, które oceniło nas najniżej w głosowaniu jury są Ukraina (dali nam 16. miejsce), Rumunia (18. miejsce), Azerbejdżan (19. miejsce), Cypr (20. miejsce) oraz San Marino (21. miejsce). Aż trzy kraje z tego grona to państwa, z którymi Telewizja Polska przeprowadziła, wykrytą przez EBU, ustawkę głosowań jurorskich w 2022 roku.
- Wśród 234 jurorów aż 22 osoby dały „Pray” na 1. miejsce swojego rankingu. Tylko dwie ulokowały polską piosenkę na całkowitym dnie.
- Jedynie w głosowaniu San Marino i Cypru żaden juror nie umieścił „Pray” w top10. Z kolei w Mołdawii, Belgii, Litwie, Szwajcarii, Australii i Włoszech nasz utwór u żadnego z członków komisji nie znalazł się poza czołową dziesiątką.
Skąd pochodziły punkty w televotingu?
W głosowaniu telewidzów nie poszło nam najlepiej – otrzymaliśmy łącznie tylko 17 punktów, na które złożyło się pięć krajów (Wielka Brytania, Litwa, Niemcy, Włochy i Szwecja), a dodatkowo jeden punkt dorzucili głosujący w grupie „Reszta Świata”. W Norwegii byliśmy pierwsi pod kreską. Łącznie w 22 krajach znaleźliśmy się w top15 televotingu. Widzowie, którzy ocenili nas najsłabiej pochodzą z Gruzji (dano nam 19. miejsce), Armenii (19. miejsce), Izraela (20. miejsce), Estonii (21. miejsce) oraz Armenii (21. miejsce). Włochy, Litwa, Wielka Brytania i Niemcy umieścili Polskę w top10 zarówno w głosowaniu jury jak i widzów.
Historyczny sukces Polski w półfinale
A jak sytuacja wyglądała w półfinale? To właśnie tam osiągnęliśmy historyczny sukces – wygraliśmy głosowanie jurorskie, ale to nie jedyny powód do dumy! Dostaliśmy punkty od wszystkich krajów – zarówno w typowaniu komisji jak i telewidzów. Co jeszcze?
- Znaleźliśmy się w top3 głosowań jurorskich w 12 na 16 komisji. Pięć państw dało nam pierwsze miejsce – Izrael, Grecja, Niemcy, Belgia oraz Litwa.
- San Marino, Gruzja i Czarnogóra to komisje, które oceniły nas najsłabiej – odpowiednio na 10., 9. i 8. miejsce.
- W Belgii panowała absolutna zgodność – wszyscy jurorzy umieścili „Pray” na 1. miejscu. Na Litwie wyłamał się tylko jeden juror (zamiast 1. miejsca dał drugie). Poza tym w komisjach Izraela i Mołdawii każdy głosujący przydzielił nam miejsce w top3.
- Jeden juror z San Marino dał nam ostatnie możliwe miejsce, poza tym na 112 jurorów głosujących w półfinale aż od 27 dostaliśmy 1. miejsce.
- Spośród 17 głosowań telewidzów zajęliśmy miejsce w top3 w pięciu krajach (Litwa, Niemcy, Mołdawia, Belgia i Szwecja), a także w Rest of the World. Najsłabiej ocenili nas Serbowie i Estończycy (dali 7. miejsce), Gruzini (8. miejsce) i Finowie (9. miejsce).
Różnice między półfinałem a finałem
Warto zauważyć, że w trzech krajach, które głosowały na nas w półfinale utraciliśmy w finale punkty jurorskie. Chociaż członkowie komisji Izraela w półfinale dali nam miejsca w czołowej trójce, w finałowym głosowaniu drastycznie zmienili zdanie – dwóch z nich przydzieliło nam 18. i 21. miejsce. W wyniku takiego oziębienia oceny zajęliśmy w rankingi izraelskim 11. miejsce, więc nie otrzymaliśmy punktów. W San Marino „spadliśmy” z 10. na 21., a w Szwecji z drugiego na 13. Stabilnie było w Niemczech i Belgii (w półfinale i finale 1. miejsce u jurorów) oraz w Gruzji (w obu rundach przyznano nam 9. miejsce, mimo, że w finale paleta krajów była większa). Jedynie w Mołdawii osiągnęliśmy wynik wyższy niż w półfinale – w rundzie kwalifikacyjnej byliśmy na 2. miejscu, a w finale już na 1.
Jeśli chodzi o televoting, to pojawienie się dodatkowych krajów w finale spowodowało, że w każdym z głosowań osiągnęliśmy słabszy wynik. Największa przepaść dzieli nasze półfinałowe i finałowe rankingi w Estonii (7. miejsce w SF, 21. w Finale) czy Izraelu (z piątego na dwudzieste).
Eurowizja wywołuje wojny
Niebywały sukces Alicji Szemplińskiej w Wiedniu został przyćmiony przez skandale związane z wynikami głosowania. Sama Eurowizja, która powstała po II wojnie światowej, teraz jest wydarzeniem, które bardziej do wojny skłania, niż jej zapobiega. Awantur, afer i skandali po sobocie jest mnóstwo, a wszystko przez niezrozumienie zasad czy wartości, które EBU stara się wpajać, ale najwyraźniej, nie wychodzi im to w odpowiedni sposób. W czym jest problem? Prezentowane po kolei punkty jurorskie często traktowane są jako punkty z całego kraju, a nie od siedmiu (wcześniej pięciu) osób. Co za tym idzie, Europa zagrzała się od wzajemnych oskarżeń o niewspieranie siebie nawzajem.
Histeria rumuńskich fanów
Najbardziej kuriozalna awantura wybuchła w Rumunii, gdzie fani Eurowizji oskarżyli Mołdawian o zdradę. Jury mołdawskie przydzieliło Rumunii tylko 3 punkty w finale, a Polska dostała aż dwanaście. Spotkało się to z ogromną krytyką, wyciągana jest też karta historii obu narodów, a wspólna przyszłość czy unifikacja (do której dąży wielu polityków) zachwiała się w posadach. To nic, że widzowie z Mołdawii przyznali Rumunii 12 punktów. Rumuńscy fani oczekiwali takiej noty także od jurorów, chociaż doskonale wiedzą, że głosowanie komisji nie ma być dyktowane względami politycznymi, sąsiedzkimi czy diasporowymi.
Ogłupienie sięgnęło zenitu, a ból „porażki” (chociaż 3. miejsce w finale Polacy przyjęliby z pocałowaniem dłoni) przysłonił tam logiczne myślenie. Polscy fani z niedowierzaniem obserwują histerię na popularnej grupie facebookowej Eurovision Romania próbując zrozumieć, po co Rumunom te 9 dodatkowych punktów, które nijak nie przybliżyłyby ich do wygranej czy nawet przegonienia Izraela. Prezenterka mołdawskich punktów jurorskich opublikowała nawet nagranie, w którym opowiada o szoku, jakiego doznała gdy dowiedziała się, że musi 12 punktów dać Polsce, a nie Rumunii.
Dyrektor TRM rezygnuje przez Eurowizję
Nastroje próbuje łagodzić sam Satoshi, wypowiedziała się też Alexandra Capitanescu, ale atmosfera nadal jest gorąca, a do akcji wkroczyli politycy po obu stronach. Co więcej, dziś telewizja mołdawska wydała oświadczenie informujące, że nikt nie wpływał na decyzję jurorów, a 3 punkty dla Rumunii nie są żadnym sygnałem politycznym w stronę tego kraju. Na nic się to zdało, a parę godzin później dyrektor stacji podał się do dymisji twierdząc, że nie zgadza się z werdyktem jurorów, których sam dobierał do składu komisji. Zarzucił też komisji brak uwzględnienia dobrych (chociaż delikatnych) relacji z sąsiadami – Rumunią i Ukraina. Media mołdawskie dotarły do informacji, że TRM planował w ogóle zatrudnić do jurorowania w Mołdawii osoby posiadające obywatelstwo rumuńskie, jednak ostatecznie te osoby odmówiły wykonania zadania.
Serbowie boją się złości Chorwatów. Polacy już to przeżyli
Innym przykładem niezrozumienia zasad Eurowizji są Bałkany, gdzie w Serbii słychać głosy oburzenia, bo jury telewizji RTS nie przydzieliło punktów sąsiedniej Chorwacji. Belgradzka opinia publiczna sądzi, że to niepotrzebna prowokacja, a werdykt niezależnej komisji zanegowali nawet reprezentanci kraju – grupa Lavina. Podobna sytuacja miała miejsce w 2022 roku, gdy Polska nie uzyskała żadnych punktów od ukraińskiego jury, chociaż wybuchła już wtedy wojna i Polacy byli w peaku pomocowym dla Ukraińców. Chociaż w televotingu Krystian Ochman zgarnął ukraińską dwunastkę, Polacy byli oburzeni brakiem wsparcia w typowaniu jurorskim, a Ukraińcy również atakowali swoją komisję obawiając się, że Polacy wygonią ich z kraju. Sprawa miała też mocny oddźwięk polityczny. Nie inaczej jest teraz, bo politycy znów zabrali się do komentowania konkursu i tego, że Ukraina nie przydzieliła nam punktów jurorskich w finale.
Polska dwunastka dla Izraela i oburzenie w sieci
Głośnym echem i wielkim smrodem zakończyło się głosowanie jurorów w Polsce. Siedmioosobowa komisja stworzona przez TVP przyznała 12 punktów jurorskich w finale Izraelowi. Zrobiliśmy tak jako jedyny kraj, co szybko zostało skrytykowane niemal przez wszystkich, poza ambasadą Izraela w Polsce, która wystosowała oficjalne podziękowania. Na członków jury spadł hejt, a najbardziej oberwało się tym najbardziej znanym osobom czyli Jaśkowi Piwowarczykowi, Viki Gabor, Staśkowi Kukulskiemu i Wiktorii Kida. Część z nich zamknęła możliwość komentowania na swoich social mediach, management Viki Gabor wydał oświadczenie, a w sieci pojawiły się tłumaczenia o „specjalnym algorytmie EBU”, który spowodował, że z różnych rankingów wyszło, że ostatecznie pierwszy był Izrael. Część członków komisji zaczęła się przerzucać odpowiedzialnością, a fani w napięciu oczekiwali na publikację poszczególnych rankingów. W tle całe stado celebrytów i polityków, którzy ochoczo komentowali te wyniki.
Kto dał punkty „Michelle” i czy da się to odgadnąć?
No i stało się. Wiemy już, że z siedmiu osób aż sześć przydzieliło Izraelowi miejsce w top10 finału. Nie zrobiła tego tylko jedna osoba, która dała „Michelle” na ostatnie możliwe miejsce. Jeden juror dał Noama na pozycję pierwszą, dwóch kolejnych na drugą, jeden na trzecią, jeden na piątą i jeden na siódmą. W wyniku wyliczenia średniej wyszło, że Izrael zajął w rankingu 1. miejsce i otrzymał 12 punktów wygłoszone na wizji przez Olę Budkę, która również stała się celem ataków internautów. Według nieoficjalnych informacji członkowie komisji nie mogą publicznie przyznać się do tego jak głosowali i który ranking należy do nich. Jeszcze parę lat temu EBU publikowało punktacje przydzielone do konkretnych nazwisk, jednak z uwagi na bezpieczeństwo członków komisji zaniechano tych działań.
Fani Eurowizji mają teraz niezły orzech do zgryzienia, próbując dopasować rankingi do nazwisk. Jest to nie do zrobienia. O ile w awanturze Mołdawii z Rumunią czy Serbii z Chorwacją chodzi o wzajemne i „kruche” relacje, tak w Polsce afera dotyczy kraju, który nie powinien w ogóle uczestniczyć w Eurowizji. Członkowie komisji mieli prawo oceniać tylko utwory, ale powinni być świadomi, że przyznanie „Michelle” dobrego miejsca w rankingu sprowadzi na nich złość fanów. Eurowizyjna sytuacja z Izraelem nie jest czymś nowym, jest o niej głośno i nie trudno się domyślić, że fani mogą zareagować gniewem. Czy powinno to wpłynąć na ocenę jurorską? Nie, ale warto, by jurorzy teraz po prostu przyznali się, że piosenka im się podobała i zagłosowali na nią bez zwracania uwagi na wizerunek Izraela w Europie czy sytuację na Bliskim Wschodzie. Tyle i aż tyle. Skoro podjęło się taką, a nie inną decyzję, należy jej bronić i wyjaśnić, gdy opinia publiczna tego wymaga.
To nie tak miało być
Zgodnie z założeniem, system 50/50 miał służyć do zbalansowania głosowania widzów. To właśnie televoting jest miejscem, gdzie głosuje się na sąsiadów, piosenki, które się zna, artystów, których się lubi, narody, które się ceni czy kraje, do których chętnie się wraca. To poprzez televoting swoje rodzinne strony wspierają członkowie diaspor i to poprzez televoting można określić, które nacje się lubią, a które niespecjalnie. Głosowanie jurorów miało być czymś zupełnie odwrotnym i miało skupić się na muzyce, wokalu, jakości utworu, produkcji, prezentacji scenicznej czy charyźmie. Nie da się oddzielić danego reprezentanta i piosenki od flagi, ale pochodzenie nie powinno wpływać na ocenę w rankingu.
Z tego założenia wyszli zapewne jurorzy w Polsce, Ukrainie, Mołdawii czy Serbii i jest to założenie prawidłowe i zgodne z doktryną EBU. Niestety, najwidoczniej nie jest dobrze zrozumiane przez „niedzielnych” widzów, którzy domagają się, by typowanie jurorskie było upolitycznione, a piosenka nie była ważniejsza od dobrych relacji międzynarodowych. Takie rozumowanie nie ma sensu, bo w Eurowizji nie chodzi o to, by wygrał najbardziej lubiany kraj i idiotyzmem jest oczekiwać, że skoro widz z Mołdawii zagłosuje na braci z Rumunii, to dokładnie tak samo zrobią też jurorzy. Możliwe, że lepiej byłoby pokazywać pojedynczo wyniki głosowania telewidzów, a jurorskie punkty zebrać w całość i pokazać w końcowej części sekwencji głosowania? Może dzięki temu osoby mniej wprawne w eurowizyjnym świecie lub butni politycy zrozumieliby co właśnie widzą na ekranie?
Artykuł na podstawie analizy punktów z Eurovision.com, informacji z mediów Mołdawii, Serbii i Polski, komentarz własny, fot.: M. Błażewicz / ORF
