Komentowała selekcje, poprowadzi Eurowizję
Do grona prowadzących Eurowizję 2026 dołączyła prezenterka radiowa FM4 – Emily Busvine, która w Wiedniu będzie gospodynią Green Roomu. „Wydaje się, jakby to było wczoraj, kiedy ogłosiliśmy i przeprowadziliśmy wywiad z Victorią i Michaelem w programie Morning Show, więc otrzymanie tego telefonu było, delikatnie mówiąc, zaskoczeniem” – przyznała, wspominając moment, w którym ORF zaprosiła ją do udziału w ESC 2026. Jej zadaniem będzie nie tylko rozmowa z uczestnikami, ale też sprawienie, by wszyscy czuli się tam komfortowo. W tym roku Green Room przeistoczy się w prawdziwą wiedeńską kawiarnię.
Emily urodziła się w 1996 roku, a przez część swojego życia mieszkała w różnych miastach, w tym m.in. w Warszawie czy w Moskwie. W 2020 rozpoczęła staż w FM4 i do tej pory tam pracuje, przy czym od stycznia prowadzi popularną audycję poranną. Fani Eurowizji kojarzą ją z bycia komentatorką i tłumaczką finału austriackich preselekcji 2026 „Vienna Calling”. Radio FM4 będzie współpracować z ORF przy promocji konkursu, a niektóre audycje rozgłośni będą realizowane wprost z ORF Glass, specjalnego pawilonu zawierającego dwa studia nagraniowe. Pawilon postawiony będzie w centrum Eurovillage.
Kuriozalne zasady. Bez flag w Stadthalle?
Organizatorzy szykują się do konkursu, ale też co jakiś czas ujawniają nowości związane z przebiegiem show i nie tylko. Niedawno posiadacze biletów otrzymali informacje dotyczące nowych i bardzo surowych zasad wnoszenia flag do Stadthalle. „Po tragicznym pożarze w sylwestra w Crans-Montana (Szwajcaria), w którym zginęło 41 osób, dla tego znanego na całym świecie wydarzenia wprowadzono surowsze przepisy bezpieczeństwa pożarowego” – relacjonuje Kronen Zeitung. Na czym polega zmiana? Aby wnieść własną flagę do areny, trzeba posiadać specjalny certyfikat poświadczający, że materiał spełnia austriackie normy bezpieczeństwa (ÖNORM B 3822:2010-06-15 / DIN EN 13501-1). Najpewniej nikt z fanów Eurowizji nie posiada takiego certyfikatu, więc nikt nie będzie mógł wnieść własnych flag do obiektu.
„W tym roku wejście do areny może być dość chaotyczne. Niezależnie od tego, gdzie kupiłeś flagę, musisz wyraźnie potwierdzić, że posiada ona wymagany certyfikat. Certyfikat ten należy okazać przy wejściu” – podaje dziennik, bazując na informacjach od organizatorów. Flagi będą więc konfiskowane, jeśli nie spełnią norm – lepiej w ogóle ich nie zabierać. Jeśli ktoś koniecznie chce posiadać flagę, Europejska Unia Nadawców sugeruje rozwiązanie, jakim jest zakup flagi w oficjalnym sklepie dostępnym TUTAJ. Duża flaga o wymiarach 100 na 75 centymentrów to koszt 13,50 euro, a mniejsza (ale na kijku do trzymania) 7,50 euro. W ofercie dostępne są flagi z ponad 197 krajów i terytorium (w tym Palestyny), a także flagi tęczowe czy Unii Europejskiej. Można je zamówić tak, by odebrać je w Wiedniu przed konkretnym widowiskiem.
Czy tak drastyczne zasady są konieczne? Eurowizja nie pamięta sytuacji, w której ktokolwiek podpaliłby flagę w trakcie trwania konkursu, ale decyzja o całkowitym zakazie wnoszenia własnych flag i (niejako) nakazie korzystania tylko z flag, które trzeba kupić sprawi, że flag w trakcie widowiska będzie bardzo mało. To dla producentów show świetna informacja, bo flagi często wkraczały w oko kamery, co zresztą było doskonale widać podczas występów na Eurowizji 2015, także w Wiedniu. Chociaż flagę Palestyny można zamówić, organizatorzy z pewnością chcą też mieć pod kontrolą to, kto i ile flag będzie mieć na terenie obiektu.
Bagatelizowanie bojkotu. Azja lekiem na Eurowizję
Telewizja ORF obiecuje wolność wypowiedzi i podkreśla, że buczenie czy inne odgłosy dezaprobaty widzów nie będą wyciszane, ale nowe regulacje dotyczące flag dają do zrozumienia, że dojdzie do prób uciszenia publiczności. Sprawę bojkotu konkursu próbował już wielokrotnie bagatelizować dyrektor Eurowizji, Martin Green, który mówił, że Eurowizja jest „na tyle silna, by sprostać takim wyzwaniom„, a aktualna sytuacja wkrótce stanie się tylko „częścią długiej historii„. Jednocześnie pytania o niską frekwencję nadawców zbywa informacjami o światowej ekspansji Eurowizji, chwaląc się projektem Eurovision Asia czy planami na inne kontynentalne konkursy.
W podobnym tonie wypowiadał się niedawno Jurian Van Der Meer, dyrektor ds. reklamy Europejskiej Unii Nadawców. Brał on udział w konferencji StreamTV Europe w Lizbonie gdzie poinformował o podpisaniu nowej umowy z YouTube, dzięki czemu Konkurs Piosenki Eurowizji dostępny będzie na żywo niemal na całym świecie, w tym w Stanach Zjednoczonych, gdzie widzowie do tej pory mogli oglądać show jedynie za pośrednictwem płatnej subskrypcji Peacock, bo stream na YouTube był blokowany. „Jak dotąd nie mieliśmy strategii dystrybucji naszych treści w dłuższej perspektywie” – przyznał Van Der Meer, dodając jednak, że chociaż YouTube może pokazywać transmisję ESC 2026 (i kolejnych edycji) na całym świecie, w niektórych krajach stream nie będzie dostępny z uwagi na decyzję uczestniczących w konkursie nadawców (np. BBC z Wielkiej Brytanii czy SBS z Australii).
W trakcie konferencji zadano mu też pytanie o bojkotu konkursu. „Niestety, polityka od czasu do czasu się pojawia. Muzyka to jest to, na czym się skupimy. Rozumiemy i szanujemy to, że ludzie mają pewne poglądy” – mówił. Także on zwrócił uwagę słuchaczy na nowy projekt Eurovision Asia. Stwierdził, że trwają aktualnie debaty o tym, jak nazywać nowy konkurs. Nie jest pewne, czy show w Bangkoku będzie mianowane „Asiovision”. Należy się spodziewać, że azjatycka Eurowizja będzie odmieniana przez wszystkie przypadki w trakcie 70. Konkursu Piosenki Eurowizji w Wiedniu i zdaje się, że świętując rocznicę europejskiego wydarzenia EBU będzie próbowało skupić uwagę widza na czymś, co jeszcze nie powstało i nie wiadomo nawet, czy przetrwa premierową edycję.
Artykuł na podstawie ORF, FM4, OeTicket, Kronen Zeitung, Hollywood Reporter, fot.: M. Błażewicz 2026
