Pamiętna noc

ETAP PÓŁFINAŁOWY ZAKOŃCZONY

Za nami drugi półfinał Eurowizji 2012. Druga połowa półfinalistów poddana została ocenie widzów i jurorów. Osiem państw pożegnało się z dalszą rywalizacją, a dziesięć weszło do finału i rozlosowało już swoje nowe pozycje startowe. Na pewno emocji było dziś więcej, a wyniki nie do końca były tak oczywiste jak we wtorek. Kto dostał się do finału?

LITWA: Można uznać, że to pierwsza spora niespodzianka, bo mało kto spodziewał się awansu „ślepego” Litwina. Donny Montell zaprezentował jednak całkiem dobry głos i chociaż był na scenie sam, sporo się na niej działo. Sympatyczny wokalista nie przewidział jednak, że po zdjęciu opaski porazi go światło reflektorów, więc trochę czasu mu zajęło dostosowanie się do oświetlenia, więc wyglądał trochę jak Maciek Maleńczuk po zdjęciu okularów. Ogólnie prezentacja dość dobra i widocznie to spodobało się Europie. Na pewno pomogła też ostatnia pozycja startowa i wsparcie krajów takich jak Wielka Brytania (przy braku Polski to Litwa zyskuje głosy emigrantów). Donny w finale wystąpi jednak jako czwarty, zaraz po Ronie i przed Bośnią (która sąsiadowała z nim w półfinale) – i pewnie nie osiągnie zbyt wysokiej pozycji rankingowej. Cieszy natomiast fakt, że taki kraj jak Litwa, do niedawna uważany za jeden z najsłabszych, jednak potrafi zaskakiwać i to już kolejny awans do finału, którego nikt się po naszych sąsiadach nie spodziewał.

BOŚNIA: Na szczęście Maya nie musiała długo czekać na swoją kopertę. Utwór „Korake ti znam”, w który ja wierzyłem od początku, nie był uważany za faworyta – wielu sądziło, że Bośnia w tym roku pożegna się ze 100% skutecznością półfinałową. A jednak nie – i bardzo się z tego cieszę. Jej występ był niezwykle spokojny, skromny, ale niezwykle profesjonalny. Okazuje się, że Bośnia, próbując różnych gatunków muzycznych, doskonale sobie radzi. Zapewne sporo punktów zyskała dzięki poparciu sąsiadów i krajów „sprzymierzonych” z powodu m.in. diaspory, ale cóż…to mój osobisty faworyt i nie mogę tu być obiektywny. Maya Sar wystąpi w finale dość wcześnie, bo z piątej pozycji – zaraz po Litwinie, a przed Babushkami.

SERBIA: Kolejny kraj b. Jugosławii, który awansował do finału. Zeljko Joksimović od samego początku był pewny sukcesu i nie ukrywa tego, że przyjechał do Baku by wygrać. Jego występ był niezwykle profesjonalny, głos bardzo dobry, aczkolwiek wiele elementów przypominało nam jego pierwszy występ eurowizyjny z 2004 roku. Wokalista zapowiedział, że już nigdy nie pojawi się na Eurowizji jako solista. A czy wygra w sobotę? Osobiście myślę, że nie, aczkolwiek miał szczęście przy losowaniu pozycji startowej, bowiem wystąpi z numerem 24., po Irlandii, a przed Ukrainą.

UKRAINA: Awansu Gaitany można się było spodziewać, wokalistka zrobiła wiele by wypaść dobrze, mimo, że zabrakło jej chórzystów znanych z wersji studyjnej. Zamiast tego miała tancerzy w spódniczkach oraz wielkie ekrany do „robienia tłumu”, chociaż wyglądało to trochę jak reklama „The Sims”. Wokalnie bardzo dobrze i przekonała tym mnie, chociaż jej utworu nigdy nie lubiłem. Tym samym Ukraina zachowuje „członkostwo” w grupie rekordzistów jeśli chodzi o wchodzenie do finału. Grupa (na szczęście) zmniejszyła się w tym roku o jedno państwo. Gaitana w finale wystąpi jako przedostatnia, po Serbii, a przed Mołdawią.

SZWECJA: Bez niespodzianki – Loreen wykonała swój utwór perfekcyjnie, dla fanów co prawda było to oczywiste, bo znaliśmy jej występ z preselekcji, a co bardziej niecierpliwi mogli już po południu obejrzeć jej występ eurowizyjny, który wyciekł do internetu. Dla widzów natomiast było to coś niesamowitego i na pewno zdobyła dzięki temu ogromną ilość głosów. Mimo obaw, udało się zachować klimat występu znany z preselekcji, a chórzystek prawie wcale nie było widać. Loreen w finale zaśpiewa jako siedemnasta, po Grecji, a przed Turcją.

MACEDONIA: Moment na który czekało wielu fanów i sympatyków Kaliopi, jednej z najbarwniejszych postaci tegorocznej Eurowizji. Wokalistka obdarzona niesamowitym głosem, wspaniałym poczuciem humoru i dystansem do siebie (kto nie widział – oto VIDEO-MIX jej ostatnich wywiadów) oraz ogromną cierpliwością, bowiem na udział w finale ESC czekała od 1996 roku, kiedy to odpadła po rundzie eliminacyjnej ESC w Oslo. Teraz awansowała, wprowadzając swój kraj do finału po czterech latach przerwy. Jej słynny „epic scream” usłyszymy w finale pod koniec stawki – wokalistka wystąpi bowiem jako 22., po Malcie, a przed Irlandią.

NORWEGIA: Kolejny spodziewany awans. Tooji wykonał swój utwór podobnie jak podczas selekcji, chociaż wokalnie nie był w najlepszej formie, co słychać było zwłaszcza pod koniec występu. Mimo to mu się udało, czym zatarł złe wspomnienia Norwegii z poprzedniego roku, kiedy to będąc faworytką nie weszła do finału. Tooji podczas konferencji prasowej przyznał, że zamierza Eurowizję wygrać. Raczej mu się to nie uda, ale niech próbuje – w finale wystąpi jako 12., po Estonii, a przed reprezentantką gospodarzy – Sabiną.

ESTONIA: Czarny koń tegorocznej Eurowizji okazał się kolejnym finalistą show. Świetnie zaśpiewany utwór zaczarował wielu fanów i jak się okazuje, można zdobyć spore poparcie nawet będąc z kraju, który nie czerpie zbyt dużego zysku z powiązań regionalnych, z piosenką w języku narodowym i z występem bez fajerwerków. Estonia na początku miała spore problemy z awansem do finału, jednak w 2009 roku odniosła w finale spory sukces, a i rok temu zdobyła awans. Paradoksalnie Estonia i Litwa zaczęły sobie lepiej radzić w chwili, gdy kryzys ma Łotwa, która z kolei często zaskakiwała nas awansami w latach 2005-2008. Ott wystąpi w finale jako jedenasty, po Ninie z Włoch, a przed Toojim z Norwegii.

MALTA: Spora niespodzianka, bowiem mało kto spodziewał się sympatycznego Kurta w finale. Wokalista wykonał swój utwór dość dobrze, zaprezentował swój charakterystyczny ruch stopami, ale przy ostatnim refrenie narobił na scenie sporego bałaganu uruchamiając wiele efektów i dodatkowo śpiewając z chórzystką. Przypominało to nieco bałagan przy polskim „Follow my heart”. Okazuje się, że Malta skorzystała na otwarciu selekcje dla kompozytorów zagranicznych, bo „This is the night” jest autorstwa Szwedów. Od wprowadzenia półfinałów to dopiero trzeci awans Malty. Kurt wystąpi w finale jako 21., po Romanie z Niemiec, a przez Macedonką.

TURCJA: Głupi „złoty bilet” należał do Cana Bonomo z Turcji. Widać tendencję do zostawiania na koniec reprezentanta, który ma spore poparcie widzów – na pewno zwiększa to emocje, ale fani i osoby znające się na konkursie mogą łatwo przewidzieć kto taki awans otrzyma. W pierwszym półfinale byli to Jedwardzi, niezwykle popularni w wielu krajach Europy, tutaj był to Turek, który na scenie w Baku mógł się czuć, jakby śpiewał dla swojej, tureckiej publiczności. Sam występ był bardzo ciekawy, zwłaszcza, gdy tancerze ze swoich szmat ułożyli łódź. Po ubiegłorocznej wpadce Turcja wraca do finału, a wystąpi w nim jako osiemnasta pomiędzy faworyzowaną Szwecją i równie silną Hiszpanią.

Jak nam się udało typowanie finalistów? Bukmacherzy trafili tym razem tylko 7 (we wtorek trafili 9) bowiem zamiast Białorusi, Słowenii i Holandii do finału weszły Malta, Litwa i Macedonia. Również Big Poll 2012 wskazał poprawnie 7 państw (we wtorek 9) – pomylił się przy Portugalii, Holandii i Słowenii. Podobny wynik osiągnęli głosujący w Baku (we wtorek 9) – spodziewali się awansu Słowenii, Gruzji i Białorusi. Lepiej niż we wtorek (jeden kraj więcej) wypadło OGAE Polska, które przewidziało 8 finalistów – pomyliliśmy się ze Słowenią i Chorwacją, bo zamiast nich weszły Malta i Litwa. Słabo wypadł Dziennik Eurowizyjny – tylko 6 trafień (o 2 mniej niż we wtorek). W II rundzie głosowania „Nasz Faworyt” w top10 półfinału znalazły się Chorwacja, Słowenia, Słowacja i Holandia. Nie przewidzieliśmy awansu Litwy, Malty, Ukrainy i Estonii. Spodziewałem się, że osobiście słabo wypadnę w typowaniu, ale ostatecznie trafiłem aż 7 państw (tyle co we wtorek). Zabrakło jedynie Słowenii, Chorwacji i Holandii, bo zamiast nich do finału weszły Litwa, Ukraina i Estonia.

Kto odpadł?

Holandia: Joan Franka może być uważana za wielką przegraną Eurowizji 2012, bowiem wielu pokładało w niej nadzieje, a ostatecznie piosenkarka z pióropuszem na głowie i sympatyczną piosenką nie dała rady wprowadzić Holandii do finału. Co to oznacza? Holandia po raz ósmy jest poza finałem, co jest absolutnym rekordem w historii Eurowizji. Jakie będą nastroje w Holandii? O tym w jutrzejszej notce. Sam występ był całkiem sympatyczny, ale widocznie był w cieniu Macedonii i Malty.

Białoruś: Nie udało się Litesound, czego akurat można się było spodziewać, chociaż „We are the heroes”, nawet w tej zmienionej (i powszechnie nielubianej) wersji zabrzmiało na scenie całkiem dobrze. Muzycy użyli nawet efektu wypróbowanego przez Cypryjczyka rok temu, by nieco zaskoczyć widza. Zabrakło szczęścia i ponownie to Białoruś jest tym najbardziej ignorowanym krajem w gronie b. ZSRR. Ciekawe, z czego to wynika?

Portugalia: Nie ma też w finale Andreja Babića, Filipy Sousy i w ogóle Portugalii. Bardzo dobrze wykonana ballada, piękne wizualizacje, brzydka sukienka, ale za to język narodowy, któremu Portugalczycy są na ESC wierni. Portugalia właśnie dzięki Andrejowi dostała się do wymarzonego finału w 2008 roku, później dwa razy jeszcze przeszła, ale teraz drugi rok z rzędu jej zabraknie. Szkoda, ale konkurencja była silniejsza.

Bułgaria: Wokalistka wyśmiewana przez wielu fanów Eurowizji, żartowano z wielu elementów jej występu i chyba nie ma się co dziwić. Sofi przygotowała się do Eurowizji na swój sposób, miało być europejsko, a wyszło nieco biednie. Utwór taneczny w wielu językach wykonała samotnie na scenie pełnej różnych świecących bajerów. Jej strój też nie zachwycił, a wokalnie wypadła słabo, zwłaszcza na początku i końcu utworu. Bułgaria do tej pory awansowała tylko raz i jeśli tak dalej pójdzie, to długo jej w finale nie zobaczymy.

Słowenia: Brak Evy Boto w finale to spora niespodzianka, aczkolwiek po występie można się było tego spodziewać. Mimo że utwór jest bardzo dobry, w końcu napisany przez doskonałych kompozytorów, to jednak występ można uznać za nieco pozbawiony emocji i słaby wokalnie. Najmłodszą wokalistkę Eurowizji pewnie zjadła trema, chociaż obserwując ją w Londynie można uznać, że nie jest to specjalnie energiczna osoba i pewnie dużo się jeszcze musi nauczyć. Eurowizja to jednak dobry start i miejmy nadzieję, że o Evie jeszcze nie raz usłyszymy. Słowenia i Chorwacja mogły przepaść też poprzez podział punktów ex-Yu na pięć państw post-jugosłowiańskich.

Chorwacja: Bardzo dobrze oceniany występ nie przyniósł Chorwacji wyczekiwanego finału, co może jeszcze pogorszyć i tak już negatywną opinię narodu o Eurowizji. Nina bardzo poważnie podeszła do konkursu, długo pracowała nad ostatecznym brzmieniem „Nebo”, przygotowała też ciekawy występ i mogła liczyć na poparcie wielu fanów z kraju. Jak podkreślała, bardzo zależało jej na wejściu do finału. Niestety, nie udało się i pewnie teraz posypią się na nią krytyczne komentarze prasy z którą ostatnio wojowała.

Gruzja: I udało się. Uważany za najgorszy utwór eurowizyjny tego roku, chociaż reprezentujący kraj korzystający z powiązań punktowych odpadł i miejmy nadzieję, że zajął niskie miejsce w półfinale. Tym samym Gruzja odchodzi z grupy „100%”. Na scenie dużo się działo, Anri śpiewał dobrze, ale utwór (jak stwierdzili komentatorzy BBC) był zlepkiem około dziesięciu różnych piosenek i nie dało się go w żaden sposób zapamiętać.

Słowacja: Pecha znów mają nasi sąsiedzi, którzy po raz czwarty z rzędu nie dali rady awansować. Na scenie było głośno, dynamicznie i bardzo rockowo, ale wokalnie słabo…Max Jason Mai mógł liczyć na poparcie osób, które słuchają tego typu muzyki, bo to jedyny tak „ciężki” utwór w stawce, ale widocznie te osoby dziś półfinału nie zobaczyły, albo zignorowały starania Słowaka. Miejmy jednak nadzieję, że ten naród nadal będzie próbował.

I parę słów na koniec

O tym jak show wypadło technicznie nie będę dużo pisał, bo było podobnie jak w pierwszym półfinale, poza tym muszę show obejrzeć jeszcze raz, by wszystkie błędy wychwycić (szukanie błędów odbędzie się jutro, relację będzie można śledzić na Facebooku). Prowadzący nadal słabi, chociaż Leyla starała się być bardziej wyluzowana. Ponownie tragicznie wyszło im przedstawianie siebie nawzajem. Pocztówki już dziś nie zaskakiwały, natomiast miło było ujrzeć Crystal Hall w barwach polskich, chociaż chodziło o występ Malty.

Tym razem BBC Three (w związku z tym, że Brytyjczycy głosowali w tym półfinale) nie przerywało show zbyt często swoimi reportażami. Nie zobaczyliśmy filmiku z czerwonymi różyczkami, ale pokazano Interval Act. Ciężko go ocenić, bo nie każdemu może się podobać taka etniczna aranżacja utworów, które doskonale znamy. Sympatycznie wypadła Lena Meyer-Landrut, całkiem dobrze zaśpiewał (i wyglądał) Dima Bilan. Porażką okazał się duet z Azerbejdżanu, który całkowicie zniszczył „Waterloo” swoim fatalnym wykonaniem.

Z dodatkowych materiałów BBC Three zaprezentowano nam krótki spacer po Baku, rozmowę z Jedwardami i relację z próby Engelberta. Podczas prezentacji piosenek finałowych odbyła się natomiast krótka rozmowa z Gretą i Jonsim. W Wielkiej Brytanii nie odbyło się głosowanie sms-owe, a swój głos na piosenkę można było oddać tylko za pomocą systemu audiotele. Zdecydowanie przeszkadzał mi brak jakiegokolwiek zegara odliczającego czas do końca głosowania (czy to możliwe, bym go nie zauważył?).