
Serbowie nie są zbyt zadowoleni z zakończonej w sobotę Eurowizji. Ich reprezentantka, Sanja Vucic, zajęła jedynie 18. miejsce w finale, chociaż spodziewano się znacznie lepszego rezultatu. Jeszcze z większym zdziwieniem przyjęto fakt, że serbskie jury dało „bratniej” Rosji tylko 1 punkt, a Ukrainie aż 12. Oczekiwano, że to Sergey otrzyma maksymalną notę od komisji, zwłaszcza, że promował się w Belgradzie, a Serbia stara się utrzymywać z Rosją przyjazne stosunki. Okazało się jednak, że jurorzy byli zupełnie niezależni i zagłosowali zgodnie ze swoim gustem. Dyskutowano o tym w programie „Da Mozda Ne”, gdzie gościem był m.in. Slobodan Marković, przewodniczący jury. W rozmowie na temat Eurowizji przyznano, że elementów politycznych było w historii mnóstwo, m.in. piosenka Ukrainy z 2005 czy Jugosławii z 1974 roku. „Dalej uważam, że muzyka jest sztuką wyższą niż polityka” – twierdzi Marković, który podkreśla, że komisja nie czuła żadnej zewnętrznej presji i głosowała zgodnie z własnym sumieniem.
Marković przyznaje, że podczas słuchania utworów mieli zapewnione bardzo dobre warunki, był też notariusz, który non-stop kontrolował ich pracę, zwłaszcza przy wypełnianiu odpowiednich formularzy. Sprawdzano ich trzykrotnie – przed rozpoczęciem odsłuchu, w trakcie i po zakończeniu. Co ciekawe, do ich pokoju nie mogli wejść nawet pracownicy stacji RTS. Członek serbskiego jury dodaje, że grożono mu przez telefon i namawiano do głosowania na konkretne kraje, ale na szczęście, nie przestraszył się tych działań. Podobnie jak trzech innych jurorów, przyznał pierwsze miejsce piosence „1944”. Dlaczego? „Jest to utwór zupełnie inny ze względu na jego charakter (…) rozpoczął się od brzmienia ormiańskiego instrumentu duduk” – stwierdził. Jego zdaniem na Eurowizji najczęściej usłyszeć można ballady w amerykańskim stylu czy szybkie utwory, nawet disco, a piosenka Jamali wyróżniała się brzmieniem, wokalem i pomysłem. Marković nie głosował na Rosjanina, bo uważa, że Sergey Lazarev nie ma charyzmy, a w wykonaniu Jamali spodobały mu się jej emocje i widoczne na twarzy cierpienie, o którym śpiewa. „Może to fałszywe, może ona kłamie. Nie wiemy tego. Jeśli udaje, to robi to znakomicie” – stwierdził.
Jego komentarz w tej sprawie ma związek ze słowami Vojislava Seselja, twórcy i lidera Serbskiej Partii Radykalnej, którego niedawno zwolniono z aresztu w Hadze. „To ogromny wstyd, że serbska komisja głosuje na faszystowską piosenkę ukraińskiej wokalistki i to jeszcze tatarskiego pochodzenia” – stwierdził Seselj, uznawany za wielkiego rusofila. Serbską „dwunastkę” dla Ukrainy uważa za skandal i domaga się zmiany całego kierownictwa telewizji RTS – podaje portal mondo.rs.
Jak widać, porażka Sanji Vucic zeszła na dalszy plan, zresztą wielu muzycznych specjalistów uważa, że wokalistka, choć bardzo utalentowana, zostanie w kraju zapomniana podobnie jak Nina Radojcic, która reprezentowała Serbię w 2011 roku z utworem „Caroban”. Zdaniem wielu fanów Eurowizji w Serbii, kraj powinien wysyłać na konkurs bardziej znanych wokalistów. Jednym z „nieoficjalnych” kandydatów do Sztokholmu był w tym roku utalentowany (ale też jeszcze nierozpoznawalny) Luke Black (foto). Wokalista opublikował utwór „Demons”, który miał być ponoć jego propozycją na Eurowizję 2016. Luke będzie teraz promował ten utwór przy pomocy hashtagu #neoslavic.
Problem ze zwycięstwem Ukrainy ma też Czarnogóra, która niedługo wejdzie do NATO, ale nadal jest dość prorosyjska. Na oficjalnym fanpage Eurowizji w tym kraju pojawił się wpis dotyczący wykonania utworu „1944” w maju ubiegłego roku i decyzji EBU, które uznało, że Jamala w ten sposób nie złamała regulaminu Eurowizji. „Pojawia się pytanie, czy warto startować w tym konkursie” – czytamy. Czarnogóra nie wysłała w tym roku etnicznej ballady i spodziewanie nie awansowała do finału. W finale jury z Podgoricy przekazało 12 punktów Malcie co od razu uznano za efekt umowy między nadawcą RTCG a maltańskim PBS, który miał w tym roku ogromne parcie na zwycięstwo i podejrzewa się go o kupowanie punktów, które dały Irze Losco bardzo wysokie miejsce w rankingu jury.
fot. vice.com
